„Jednego dnia mogę robić sekcję zwłok, kolejnego rekonstrukcję wypadku”. Tych specjalistów w Polsce jest tylko 150

– Od kilku lat zajmujemy się przypadkami zgonów po interwencjach policyjnych, których liczba jest niepokojąco duża. Po zamachu bombowym w Manchesterze po koncercie Ariany Grande w Łodzi powstał też pierwszy w Polsce zespół do identyfikacji ofiar katastrof masowych. To jedne z naszych największych sukcesów – opowiada dr Anna Smędra, specjalista medycyny sądowej.

Medycyna sądowa nie jest częstym i oczywistym wyborem?

dr n.med. Anna Smędra z Zakładu Medycyny Sądowej: – Niedawno przyszły do mnie studentki anglojęzyczne z ostatniego roku. Jestem bardzo dumna, bo powiedziały, że chcą zostać medykami sądowymi. Jedna ma już obiecaną pracę w Niemczech.

W Polsce obecnie jest 150 czynnych zawodowo medyków sądowych, więc rzeczywiście nie jest to popularna specjalizacja, ale jest bardzo ciekawa, z różnorodną, wciągającą pracą. Jednego dnia mogę badać osobę żywą i opisywać jej obrażenia, następnego dnia będę wykonywała sądowo-lekarską sekcję zwłok, kolejnego pojadę na miejsce zdarzenia i będę dokonywała zewnętrznych oględzin ciała, a jeszcze później mogę pisać opinię w sprawie o błąd medyczny, albo robić rekonstrukcję wypadku komunikacyjnego.

Łączą się tu dwie wydawałoby się odległe dziedziny: medycyna i prawo.

– Kiedyś nawet mówiło się, że to nauka pomostowa. Naszym zadaniem jesy m.in. tłumaczenie język medycznego na język prawny, służymy wymiarowi sprawiedliwości i organom ścigania, wyjaśniając im kwestie medyczne.

Z tego względu – ogromnej różnorodności i konieczności sięgania do innych dziedzin – jest to mało popularna specjalizacja?

– Dużo trudniejszą według mnie jest interna, zawsze mam olbrzymi podziw dla tych lekarzy. W wypadku medycyny sądowej chodzi raczej o obciążenie psychiczne. W naszej pracy niemal wyłącznie spotykamy się z ciemną stroną życia, bo zajmujemy się badaniem osób pobitych, zgwałconych, ofiar zabójstw, samobójstw i wypadków. Najtrudniejsze jest to, gdy jedziemy na miejsce zdarzenia i spotykamy tam bliskich lub rodziny zmarłych. Widzimy ich ból, rozpacz. Jeszcze gorsze są historie zgonów dzieci, one zawsze na nas będą działać bez względu na to, czy ktoś ma dziecko czy nie.

Gdy wybierałam specjalizację, nie patrzyłam na kwestie finansowe, ale młode pokolenie bardziej na to zwraca uwagę, bardziej o siebie dba i to jest drugi powód małej popularności tej specjalizacji. Oczywiście ten zawód może dać godziwe zarobki, ale trzeba w to włożyć o wiele więcej czasu i pracy niż w wypadku innych specjalności.

Wydaje się, że to nowa dziedzina medycyny, ale istnieje już od wieków. 

– Tak, sekcje zwłok były wykonywane od tysięcy lat, np. niektórzy polscy królowie byli im już poddawani. Medycyna służyła prawu, odkąd pojawiła się taka potrzeba w danej społeczności. Do sformalizowania medycyny sądowej doszło na przełomie XVIII i XIX wieku. Wtedy powstała większość specjalizacji medycznych, co wiązało się z olbrzymim rozwojem nauki. Pierwsze katedry medycyny sądowej powstały we Francji pod koniec XVIII wieku. W Polsce pierwszą taką instytucję powołano w 1804 roku w Krakowie. Zajmowała się ona tym, czym my teraz, czyli wykonywaniem sekcji zwłok, ustalaniem przyczyny i czasu zgonu. Wraz z rozwojem nauki pojawiły się kolejne działy medycyny sądowej, np. toksykologia sądowa.

Którą z tych dziedzin najczęściej się pani zajmuje?

– W ośrodkach akademickich oprócz części dydaktycznej i naukowej dużą część naszej pracy zajmuje opiniowanie w sprawach o błędy medyczne. Tworzymy zespoły opiniujące, bo potrzebni są nam konsultanci z różnych dziedzin, zapoznajemy się niekiedy z wieloma tomami akt, więc takie sprawy są bardzo pracochłonne. Na koniec wspólnie z konsultantami wydajemy opinie, odnosimy się do pytań zadanych przez sąd lub prokuraturę. Chodzi o to, by wypowiedzieć się, czy postępowanie medyczne było prawidłowe w taki sposób, żeby to było pomocne dla organu, który zlecił nam wykonanie danej opinii. Na szczęście okazuje się, że w większości opiniowanych przez nas spraw nie doszło do błędów medycznych.

Zdecydowanie mniejszą część mojej pracy zajmują sekcje i obdukcje, chociaż wiem, że ludzie często mają wyobrażenia, jak z filmów czy seriali kryminalnych i myślą, że medyk sądowy zajmuje się tylko sprawami zabójstw i to bardzo skomplikowanymi. W rzeczywistości takich przypadków nie ma za dużo, jest więcej samobójstw i zdecydowanie więcej wypadków komunikacyjnych.

Czego dokładnie dotyczą sprawy o błędy medyczne?

– Jak zaczynałam pracę kilkanaście lat temu, te sprawy dotyczyły głównie tzw. zabiegówki, czyli przypadków z chirurgii, ortopedii, ginekologii i położnictwa. I te ostatnie cały czas przodują, ale teraz pojawiają się również np. sprawy z onkologii i to coraz częściej, a kiedyś tego nie było w ogóle. Zmieniło się podejście. Kiedyś jak ktoś miał nowotwór, to bliscy liczyli się z tym, że może umrzeć. Teraz nawet w wypadku pacjentów terminalnych rodzina często nie rozumie powagi sytuacji i tego, że nie można wszystkich uratować. Wynika to z wielu rzeczy m.in. nagonki mediów na lekarzy, ale też coraz większej roszczeniowości w społeczeństwie. Nieraz wina leży po stronie pracowników ochrony zdrowia i nie chodzi o to, że popełnili błąd medyczny, tylko o to, że nie wytłumaczyli rodzinie, jaki jest stan pacjenta, co można zrobić, a czego już nie, jakie są rokowania. Gdyby porozmawiali z nią, z szacunkiem, odpowiednio do jej wiedzy, to tych spraw byłoby o wiele mniej. Tylko medycy nie są tego uczeni, czasem brakuje im umiejętności interpersonalnych i czasu. Opiniując takie sprawy, widzę, ile dokumentów lekarz musi wypełnić, bo inaczej oddział nie dostanie punktów, zwrotu kosztów od NFZ itd. Niestety, nie ma sekretarzy medycznych, którzy powinni pomagać w kwestiach administracyjnych. Oczywiście są i takie rodziny, którym mimo rozmowy nie da się nic wytłumaczyć.

Mniejszą część pracy, tak jak pani wspomniała, zajmują sekcje zwłok. Jak tutaj wyglądają procedury?

– Gdy ktoś umrze, to osoby, które znajdą ciało, powinny zawiadomić lekarza. Lekarz, najczęściej z POZ, powinien zbadać ciało i stwierdzić zgon, a oprócz tego określić, czy ten zgon był naturalny czy gwałtowny. Jeśli naturalny to wydaje kartę zgonu, ten dokument pozwala rodzinie zorganizować pochówek i wszelkie formalności. Jeśli jednak lekarz uważa, że był to zgon gwałtowny, nie może wydać takiej karty, tylko wzywa policję. Wtedy wkracza też prokurator i medyk sądowy. Moim zadaniem jest dokonanie oględzin zwłok na miejscu ich znalezienia. Opisuję znamiona śmierci, czyli np. plamy opadowe, stężenie pośmiertne, zmiany rozkładowe. Na podstawie tego ustalam czas zgonu. Po oględzinach podaję, jeśli jest to możliwe, przypuszczalną przyczynę zgonu. Potem ciało jest transportowane do Zakładu Medycyny Sądowej, a prokurator na podstawie mojego protokołu, protokołu policji z oględzin miejsca znalezienia ciała i protokołów z przesłuchania świadków, którzy znaleźli ciało, decyduje, czy sekcja jest konieczna. Gdy dostajemy postanowienie, wraz z technikiem sekcyjnym przystępujemy do sekcji.

Sekcja składa się z dwóch części: ponawiamy to, co zrobione na miejscu znalezienia zwłok, czyli zewnętrzne oględziny ciała, a potem robimy wewnętrzne oględziny ciała. Zawsze otwieramy trzy główne jamy ciała: głowę, klatkę piersiową oraz jamę brzuszną, ale w zależności od okoliczności zgonu także inne okolice ciała. Gdy np. podejrzewam, że dana osoba się z kimś biła, otworzymy kończyny górne, jeśli był to pieszy z wypadku komunikacyjnego, otworzymy kończyny dolne. W czasie sekcji opisuję zmiany chorobowe i urazowe, pobieramy też materiał do badań toksykologicznych. Na podstawie tych wszystkich elementów ustalam przyczynę zgonu, obrażenia, ich ewentualny związek ze zgonem, narzędzie, które spowodowało obrażenie. Jeśli był to wypadek komunikacyjny, to nieraz dostaję prośbę o jego rekonstrukcję, czyli np. o ustalenie, czy ktoś był kierowcą, czy pasażerem, czy miał zapięte pasy.

Z głośnych, medialnych spraw wykonywałam np. sekcję kobiety zamordowanej kilka lat temu przez obywatela Gruzji, czy też dziewczyny wielokrotnie zgwałconej przez trzech sprawców na Zarzewie. Tak dramatyczne historie zdarzają się na szczęście rzadko. Sprawy o zabójstwo w naszym rejonie są dość nieskomplikowane. To nie jest tak, że sprawca siedzi i planuje, jak to zrobić, obmyśla dokładny plan. Często te zabójstwa popełnianie są w afekcie, w emocjach, pod wpływem alkoholu, narkotyków. Takie osoby łatwiej złapać, bo popełniają więcej błędów. Nieraz przeprowadzamy też sekcje osób, które zatruły się alkoholem, dopalaczami, zimą trafiają do nas osoby, które zmarły z wychłodzenia.

Zajmuje się też pani obdukcjami.

– Tak, policja może skierować do nas taką osobę na badanie, ale bywa też tak, że pacjenci, którzy doznali urazu, np zostali w różnych okolicznościach pobici, przychodzą do nas sami i wtedy obdukcja jest płatna, bo nie jesteśmy finansowani przez NFZ. Najpierw przeprowadzamy wywiad lekarski, pytamy, co się zdarzyło, kiedy, ilu było sprawców, czym kogoś uderzono, gdzie, czy udzielono pomocy medycznej, a potem oglądamy i opisujemy obrażenia. Na samym końcu kwalifikujemy je zgodnie z przepisami kodeksu karnego. W taki sposób badamy też ofiary gwałtów.

Największe sukcesy medycyny sądowej w Polsce i w Łodzi?

– Od kilku lat zajmujemy się przypadkami zgonów po interwencjach policyjnych, których liczba jest niepokojąco duża. Zbadaliśmy ten problem na prośbę Komendanta Głównego Policji i opracowaliśmy zasady postępowania w takich przypadkach. Mamy nadzieję, że przełoży się to na spadek ich liczby. Naszymi badaniami w tym zakresie zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich i Prezes Najwyższej Izby Kontroli. Przedstawiliśmy im nasze ustalenia w specjalnych opracowaniach.

Naszym sukcesem jest też pobieranie rogówek do przeszczepów. To ważna sprawa i jesteśmy z tego dumni, bo od kiedy weszliśmy w ten program dzięki mgr. Sebastianowi Wiślickiemu, który jest pracownikiem UMED-u i koordynatorem ds. transplantacji, znacznie wzrosła liczba przeszczepów rogówek w naszym regionie. Wcześniej w Łodzi pobierano kilka rogówek rocznie, a np. w zeszłym roku było ich ponad 80. Nie jest to łatwe, bo rogówki można pobrać od dawcy do 24 godz. po zgonie, ale dzięki temu wiele osób może odzyskać wzrok.

Poza tym u nas w Łodzi powstał pierwszy w Polsce zespół do identyfikacji ofiar katastrof masowych, tzw. DVI (Disaster Victim Identification). Ta koncepcja powstała już 40 lat temu w Interpolu. Przez ten czas kolejne kraje tworzyły takie grupy, u nas w Polsce zaczęło się to dzięki nam.

Punktem zwrotnym był zamach bombowy w Manchesterze po koncercie Ariany Grande 22 maja 2017. Zginęły wtedy 23 osoby, wśród nich było dwoje polskich obywateli, małżeństwo, które przyjechało odebrać swoje nastoletnie córki z koncertu.

Wszelkie procedury zostały wszczęte w Wielkiej Brytanii, ale zgodnie z naszymi przepisami, jeśli za granicą w ataku terrorystycznym zginie polski obywatel, to w Polsce również służby mają obowiązek wszcząć sprawę. I to zostało zrobione. Do tej sprawy został oddelegowany prokurator z Łodzi. Miał pojechać do Wielkiej Brytanii, by nadzorować wykonane tam procedury. Wiedział, że będą tam sekcje zwłok. Zadzwonił i spytał, czy nie pojechałabym z nim do Manchesteru, żeby w nich uczestniczyć i wtedy być może nie byłoby już potrzeby robienia powtórnych sekcji w Polsce. Pojechaliśmy i zobaczyłam, jak pracują Anglicy według wytycznych DVI. Byłam pod wrażeniem, wyglądało to jak dobrze naoliwiona, sprawnie działająca maszyna, wszystko było robione z wielkim spokojem i profesjonalizmem.

Gdy wróciłam, rozmawialiśmy o tym z prof. Jarosławem Berentem i dr Katarzyną Wochną. Prof. Berent uczestniczył w pracach podobnych zespołów po wojnach w byłej Jugosławii, przeprowadzały one ekshumacje i sekcje ofiar czystek etnicznych, żeby zebrać materiał dowodowy dla Trybunału w Hadze. Dr Wochna jest jedynym w Polsce stomatologiem, który zajmuje się odontologią sądową, czyli identyfikacją ciała i ustalaniem wieku na podstawie uzębienia.

Pomyśleliśmy, żeby stworzyć w Polsce taki zespół DVI. Komendant Wojewódzki Policji w Łodzi poparł nas i w styczniu 2018 roku została podpisana umowa o współpracy między Uniwersytetem Medycznym w Łodzi a policją. Od tego czasu przeszliśmy kilkadziesiąt szkoleń. My jako medycy sądowi robimy to pro bono, ale gdyby doszło do jakiejś katastrofy, to będziemy gotowi, chociaż trzymamy kciuki, żeby nigdy nie trzeba było użyć naszego zespołu.

Oprócz tego często pomagamy w głośnych sprawach. W Łodzi w grudniu 2016 roku została pobita ze skutkiem śmiertelnym przez partnera matki 4-letnia dziewczynka. Po tym tragicznym zdarzeniu zorganizowaliśmy cykl szkoleń dla nauczycieli, pielęgniarek, położnych, pracowników MOPS-ów, GOPS-ów, żeby uwrażliwić ich na problem znęcania się nad dziećmi. Podczas szkoleń pokazywaliśmy, jak rozpoznać, że coś się dzieje z dzieckiem, jak zareagować, taka profilaktyka to też ważna część naszej pracy i też robimy to pro bono.

Jest coś czego nie są w stanie państwo wykryć, istnieje zbrodnia doskonała?

– Gdyby coś było zbrodnią doskonałą, to byśmy się o niej nigdy nie dowiedzieli. Jeśli o czymś wiemy, to znaczy, że zbrodnia nie była doskonała, sprawca popełnij jakiś błąd. Natomiast może dojść do sytuacji, gdy nie będziemy w stanie odtworzyć, co zaszło. To, jakie będą wnioski, zależy od tego, jakie są dowody. Jeśli dowody będą dobre, to i wnioski będą dobre, i na odwrót. Sekcja zwłok jest tylko jednym z elementów w śledztwie.

Kilka lat temu za granicą była głośna sprawa zgonu na farmie w maszynie do rozdrabniania pokarmu dla bydła. Mężczyzna przygotowywał paszę dla bydła, ale według jego późniejszych zeznań, musiał gdzieś pojechać i poprosił żonę, żeby za jakiś czas wyłączyła maszynę. Gdy wrócił, żony nigdzie nie było. Zawiadomił policję o jej zniknięciu. Policjanci znaleźli fragmenty ludzkich tkanek w rozdrabniarce, które okazały się fragmentami zaginionej małżonki. Pojawiły się dwie koncepcje, co mogło się wydarzyć. Pierwsza, że kobieta poszła wyłączyć maszynę, coś się zacięło, chciała sprawdzić co, przechyliła się i wpadła do środka. Druga, że wrzucił ją do niej mąż. Śledczy bardziej skłaniali się ku drugiej wersji, ale nie byli jej wstanie udowodnić z powodu braku dowodów. Mężczyzna szedł w zaparte, więc sprawa została umorzona.

W Polsce była też głośna sprawa młodej kobiety ze Skierniewic, która trzy miesiące po ślubie zmarła z powodu zatrucia cyjankiem. Prokuratura uznała, że popełniła samobójstwo, nie podając jednocześnie żadnych przyczyn, dla których ta młoda kobieta miałaby to zrobić. Sprawa została umorzona, chociaż nie ustalono np. w jaki sposób kobieta zdobyła cyjanek, a jest to substancja, w której posiadanie nie jest łatwo wejść. Były podejrzenia wobec jej męża, ale przez to, że na miejscu znalezienia ciała nie zabezpieczono praktycznie żadnych dowodów, nic nie udało się ustalić. To jednak skrajne przypadki.

Dlaczego pani wybrała tę specjalizację?

– Idąc na medycynę, już myślałam o tej specjalności. Po trzecim roku przyszłam do KiZMS UM w Łodzi i spytałam, czy mogę przychodzić na kółko naukowe. Przez kolejne lata studiów przychodziłam do zakładu i utwierdzałam się w przekonaniu, że chcę się tym zajmować. Nie żałuję, uwielbiam moją pracę, chociaż bywa trudna, obciążająca. Mój znajomy z Wielkiej Brytanii, medyk sądowy dr Richard Shepherd, autor kilku bestsellerowych książek, nabawił się PTSD po tym, jak pracował w zespole DVI po tsunami w 2004 roku, w którym zginęło prawie 300 tys. osób. Niestety, nie mamy żadnej opieki psychologicznej, a uważam, że powinniśmy. Parę razy gdy przychodziłam do domu po pracy, wydawało mi się, że nie jestem wstanie dłużej robić tego, czym się zajmuję. Dlatego ważne jest, żeby mieć grupę wsparcia, przyjaciół, żeby oderwać się, spędzać z nimi czas, np. grając w planszówki, co akurat uwielbiam. Żeby tu pracować, trzeba mieć dużo entuzjazmu i pozytywnej energii, trzeba naprawdę chcieć to robić.